
Gospodarze byli ludźmi niezwykle miłymi. Obserwowali już u mnie podobne kryzysy i wiedzieli, jak należy wówczas postępować. Potrzebowałem subtelnej mieszaniny troski oraz samotności i jedynie osoby obdarzone pewną dozą wrażliwości były w stanie zapewnić mi odpowiednią atmosferę. Nie skłamałbym wiele mówiąc, iż Jack oraz Shirley Bryantowie wielokrotnie ocalili mnie przed obłędem.
Z Jackiem pracowaliśmy wspólnie w Irvine przez pewien czas pod koniec dekady lat osiemdziesiątych. Przeszedł do nas prosto z M.I.T.
Przez pierwsze dwa lata wspólnej pracy sądziłem, że jego przeznaczeniem jest zreformowanie fizyki. Posiadał tę dziwną moc, ten dar wszechmocnej intuicji, który druzgotał wszelkie wątpliwości. Dysponował również sporą dozą wytrwałości oraz uzdolnieniami matematycznymi, co wraz z intuicją pozwalało wyrwać prawdę z otchłani niewiadomego. Jego prace jedynie w bardzo nikłym stopniu zazębiały się z badaniami, które prowadziłem. Z biegiem lat zacząłem mój projekt dotyczący odwrócenia czasu coraz odważniej wprowadzać w sferę doświadczeń. Porzuciłem już stadium wczesnych hipotez. Spędzałem teraz większość czasu przy olbrzymim akceleratorze cząstek elementarnych, próbując wytworzyć siły, które — żywiłem taką nadzieję — będą zdolne wysłać fragmenty atomów w przeszłość. Jack wręcz odwrotnie — był czystym teoretykiem. Zajmował się siłami spajającymi atom. Oczywiście, nie było to nic nowego. Jack postanowił jednakże ponownie przestudiować niektóre pominięte wnioski z prac Yukawy z 1935 roku na temat mezonów. Po zapoznaniu się z owymi leciwymi już materiałami, w zasadzie obalił wszystko, co było wiadomo na temat spoiwa, które rzekomo łączyło atom w jedną całość. Wydawało mi się, że Jack zmierza prostą drogą w kierunku jednego z najbardziej rewolucyjnych odkryć w dziejach ludzkości: ustalenia fundamentalnych zależności rządzących formami energii, z których zbudowany jest nasz wszechświat. Była to kwestia, której rozwiązania wciąż bezowocnie poszukiwaliśmy.
